Odra
Najpierw tytułem sprostowania do poprzedniego wpisu: plac budowy nie jest zagospodarowany przez Skanskę, a przez Wrobud (mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem nazwę), zaś ten budynek, który nazwałem parkingiem jest raczej biurowcem. Nie wiem czy w całym są już biura, ale na parterze znajdują się saloniki różnych firm. Tyle, jeśli chodzi o moją wczorajszą notkę.
Źródło Odry znajduje się w Górach Odrzańskich, będących całkowicie na terenie Czech. Większość rzeki przechodzi jednak przez teren Polski, w tym przez Wrocław. Niegdyś była ona ważną i cenioną wodną drogą komunikacyjną i transportową. Niedaleko ode mnie znajduje się jeden z dwóch działających dziś portów, Port Popowice. Poza tym można udać się w rejs małymi statkami rzecznymi. Odra to również naturalna granica polsko-niemiecka, na którą Niemcy przez długi czas nie chcieli się zgodzić.
Jednak to wszystko można wyczytać na Wikipedii. Do Odry można ładnie i ciekawie przejść się, nieco (niestety, jedynie nieco) uciekając od zgiełku i spalin samochodowych. Krótki spacer w słoneczny, wakacyjny dzień (jakże ich brakuje!), kiedy to Wrocław jest najspokojniejszy można rozpocząć od Placu Dominikańskiego, kierując się w stronę Parku Gejów. Ktoś mi kiedyś tłumaczył skąd taka nazwa, lecz niestety tej historyjki nie pamiętam. W samym parku znajduje się kilka pomników (m.in. Słowackiego), nieco obok zaś muzeum i Panorama Racławicka, będąca, obok zwiedzania Rynku i Katedry, obowiązkowym punktem wszystkich wycieczek do Wrocławia. Jeśli chcieć by włączyć Panoramę i wspomniane muzeum w plan spaceru może się on niebezpiecznie wydłużyć.
W końcu dochodzimy do Odry, drugiej pod względem wielkości rzeki w Polsce. Stoimy na moście i spoglądamy w zieloną otchłań, wyobrażając sobie przy tym jak daleko mógłby człowieka porwać wewnętrzny wir wodny, zanim ten by utonął. Woda jest dosłownie zielona, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że zanim wypełniłaby nam płuca, wpierw wprawiłaby w ruch koło mutacji i ewolucji, wytwarzając płetwy i skrzela. Cały brud Wrocławia najlepiej widać właśnie w kolorze rzeki. Tak jak oczy są zwierciadłem duszy, tak ona odbija to wszystko, co we Wrocławiu najgorsze.
Wiem, że nie powinienem źle pisać o swoim mieście, w końcu co to za ptak, który własne gniazdo kala, ale nie mogę znieść myśli, że człowiek potrafi doprowadzić wodę do takiej ruiny, kolokwialnie się wyrażając. Dziś w Odrze pływa cały Wrocław – wszystkie jego odpadki, ścieki i brudy. Pratchettowska Ankh jest jedynie przerysowanym obrazem naszej rzeki.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja na pewno się nie poprawi, a wręcz będzie się coraz bardziej pogarszać. Wrocław jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się polskich miast i do tego właśnie dąży. Być może inwestycje w najnowocześniejsze technologie przyniosłyby jakiś skutek, ale nie da się z dnia na dzień zlikwidować smogu, zasilanego bez ustanku przez tysiące, a może i setki tysięcy samochodów, przez kilka elektrowni znacznie starszych ode mnie, również przez każdego z mieszkańców z osobna.
Wiem, że ja czegoś takiego nie dożyję, ale chciałbym, po prostu marzy mi się, żeby moje dzieci, albo wnuki mogły pić wodę bezpośrednio z kranów, nie obawiając się tego, że nabawią się jakiegoś, za przeproszeniem, syfu. Chciałbym, żeby mogły oddychać powietrzem nieskażonym, bo wiem jak człowiekowi niedobrze się robi od spalin, kiedy przez ponad 40 minut jedzie telepiącym się, nieszczelnym tramwajem przez sam środek środka centrum.

Dodaj komentarz